Jak Warmia walczyła z zarazą

przez monika
Odsłony: 158

„Mgła gęsta” i „wapor” niosły śmierć

Świat zmaga się z epidemią COVID-19, wywołaną koronawirusem. W dotychczas spokojnej Europie pojawił się szoki strach. Epidemie chorób zakaźnych doświadczały jednak ludzkość niemal odzarania dziejów. Zarazy w dawnych wiekach nie omijały również Prus. Towarzyszyły im często głód lub wojny.

– Zarazy zaliczały się do największych zagrożeń, które dotykały ludność w XVI, XVII i  XVIII w., a  największy ciężar walki z  nimi spoczywał na barkach władz miejskich. Strach przed morem (pod pojęciem tym mogły kryć się różne choroby) był tym większy, że nie znano źródeł choroby. Ówcześni lekarze widzieli mór w  postaci „mgły gęstej”, „zaduchu”, „waporu”, „jadowitej pary” – opowiada dr Jerzy Kiełbik, historyk regionalista, dyrektorInstytutu Północnego w Olsztynie (dawny OBN im. W. Kętrzyńskiego – przyp.red.) Kojarzono wybuch epidemii, z różnymi wydarzeniami – wojnami czy suszami. Przypuszczenie takie wynikające z obserwacji było trafne. Wynikało to z przenoszenia się chorób. Jedną z  najgroźniejszych była dżuma. Pałeczka dżumy (pasteurella pestis) przenoszona była przez pchłę na szczura. W odpowiednich okolicznościach choroba mogła przedostać się także na człowieka. Działo się tak, gdy np. z powodu suszy czy powodzi szczury opuszczały swe nory. Wówczas mogło dojść do pokąsania człowieka przez pchły przenoszone przez szczury. Kiedy bakterie zagnieżdżały się w  układzie oddechowym człowieka, wówczas przechodziły z  jednej osoby na drugą.W  sprzyjających okolicznościach mogło to prowadzić do powstania epidemii.

Mór przychodził z wielkich miast

Choroba miała różne źródła. Jednym z  nich były maszerujące armie. Często też choroby docierały do Prus z jednego z wielkich miast: Królewca, Gdańskalub Elbląga. Z nich poprzez wszelkiego rodzaju żebraków, włóczęgów i  innych wędrowców trafiały do miast dominium. Tak było np. podczas jednej z największych epidemii dżumy w  Prusach w latach 1708-1711. Do Braniewa choroba została przywleczona przez osobę, która przyjechała z Królewca. Natomiast w latach dwudziestych XVII w. zaraza dotarła prawdopodobnie z  Gdańska. W  samym tylko Reszlu epidemie pojawiały się w  wieku XVI w  latach 1505, 1565, w XVII w. – w latach 1602, 1609, 1626, 1628-1629, 1656-1658, w  XVIII w. natomiast zaraza trwała od 1708 do 1711 roku. Z  przenoszenia się choroby wraz z  ludźmi przez granice zdawano sobie doskonale sprawę. Stąd m.in. skierowane przeciwko włóczęgom liczne zarządzenia władz warmińskich. Na wieść o wybuchu zarazy w Elblągu i Gdańsku w roku 1564 książę Albrecht zwracał się do Braniewa o podjęcie kroków zapobiegających przemieszczaniu się choroby wraz z podróżnymi. Szczególnie dotyczyć to miało służących i czeladników. Natomiast w 1770 r. radcy Kamery Królewieckiej zarządzili deportację wędrownych Żydów, których dość powszechnie postrzegano jako powód rozpowszechniania się choroby.

Po pomoc do kata

Ówczesne metody leczenia pozostawiały wiele do życzenia. I  mogądziś przyprawiać o  dreszcze. Znękanym chorobami ludziom pomoc nieśliwszelkiego rodzaju znachorzy, łaziebnicy, cyrulicy, balwierze i  chirurdzy, osoby na ogół bez wyższego wykształcenia medycznego. Usługi medyczneświadczyli również, zupełnie do tegoniepowołani, ale z racji zawodu posiadający pewną wiedzę o anatomii – kaci.

– Mieszkańcy Olsztyna wprost prosili kapitułę o  możliwość zatrudnienia kata, gdy nadarzyła się po temu okazja, motywując to właśnie jego umiejętnością leczenia ludzi – dodaje dr Kiełbik. Działania władz dominium warmińskiego prowadzące do utworzenia stanowiska lekarza prowincji i  zatrudnienia na nim osoby o odpowiednim wykształceniu i kwalifikacjach były niewątpliwie pionierskie. Do jego zadań, oprócz leczenia chorych, miał należeć także nadzór nad chirurgami i łaziebnikami. Trudno jest dzisiaj ocenić liczbę osób korzystającą z  jego usług. Zważywszy jednak na to, że była to tylko jedna osoba, jej wpływ na ogólną poprawę jakości usług świadczonych w zakresie ochrony zdrowia musiał być niewielki. Znane ówcześnie metody leczenia nie mogły w żaden skuteczny sposób przeciwstawić się zagrożeniom, które niosły ze sobą przychodzące okresowo fale zarazy. Na Warmii istniały również ośrodki, w których chorzy mogli się schronić. Były to jednak tylko przytułki dla ubogich. Nie leczono w  nich ludzi. Zlokalizowane z reguły w miastach, na wsiach należały do rzadkości. W  zasadzie niewielkie, dawały schronienie ubogim, chorym, dzieciom podrzutkom i innym potrzebującym pomocy, rzadziej natomiast zajmowano się w nich leczeniem. Wszystkie one były instytucjami kościelnymi. Obowiązkiem osób w  nich się znajdujących były codzienne modlitwy i uczestnictwo w mszy świętej.

Dom w lesie dla chorego i 6 tygodni kwarantanny

Władze dominium robiły co mogły, aby ograniczać skutki epidemii. Administrator biskupstwa, kanonik Jan Pisiński, wydał 14 czerwca 1602 r. zarządzenie dla warmińskich miast i wsi, tzw. Pestordnung. Określono w nim środki konieczne do zahamowania zarazy. Zarządzenie nakazywało m.in.: usunięcie z  miasta wszelkich żebraków i  włóczęgów; burmistrz wydawał pisemną zgodę, uprawniającą do opuszczania miasta. W  przypadku stwierdzenia choroby w  mieście, zamykano zainfekowany dom lub przewożono jego mieszkańców poza miasto. W  tym drugim przypadku polecano w celu izolacji wybudowanie dla nich w  lesie na koszt miasta domu. Korzystając z  ówczesnej wiedzy medycznej chorych starano się przede wszystkim izolować. Budowano dla nich na przedmieściach baraki, co było zresztą powszechnie przyjętą praktyką. Budynki takie na Warmii istniały w dwóch miejscach. Pierwszy w  roku 1604 zbudowano przy leprozorium św. Jerzego w Pieniężnie, drugi natomiast w latach 1709-1711 w  Lidzbarku Warmińskim. W  Braniewie czyniono tak kilkakrotnie w 1602, 1639, 1661 i 1709 roku. Dla zapobieżenia rozprzestrzenianiu się choroby mieszkańcy miasta nie mogli udawać się do miejsc, w których panuje zaraza. Gdy jednak powracali z  takiego miejsca, nakazywano im 6-tygodniowąkwarantannę. Jak widać, niektóre z ówczesnych rozporządzeń stosowane są i obecnie. Narzekającym na trudy 2-tygodniowej kwarantanny warto uświadomić, że 2 tygodnie to jednak nie 6.

– Wprowadzano zakaz urządzania wesel, zajmowania się grami towarzyskimi, które wymagają więcej niż 2-3 osoby, oraz uczestniczenia we wszelkich otwartych lub zamkniętych spotkaniach. Polecano również dbałość o czystość ulic – wylicza dr Kiełbik.

Ornecie się udało

– Przepisy miały przede wszystkim zapewnić odizolowanie się od zagrożenia. Profilaktyka w owym czasie była właściwie jedynym skutecznym sposobem walki z zarazą. Na ile skutecznym, wskazuje przykład Ornety, która dzięki murom miejskim i izolacji uniknęła zarazy w początkach XVIII w. chociaż szerzyła się w  otaczających miasto wioskach. Uciekając się zatem do izolowania miasta czasem udawało się epidemii uniknąć – wyjaśnia dr Kiełbik. Zaraza ominęła oprócz Ornety także Dobre Miasto, Jeziorany, Bisztynek i  Barczewo. Natomiast dotkliwie ucierpiały Braniewo, Frombork, Pieniężno, Lidzbark Warmiński, Reszel, Biskupiec i Olsztyn.

Wymarli prawie wszyscy...

Pomimo podejmowanych środków zapobiegawczych śmierć wywoływana przez zarazę zbierała obfite żniwo. Przypadki zgonów były do tego stopnia liczne, że zaprzestawano ewidencji zmarłych, a ludzi chowano na specjalnie w  tym celu powołanych cmentarzach. W Reszlu z tego powody jeden z ogrodów miejskich nazywano „Pestgarten”. Chowano tam zmarłych podczas zarazy w latach 1629-1631 oraz 1655-1658. Problem stanowi ustalenie liczby zmarłych podczas zarazy w różnych okresach na Warmii. W 1624 r. donoszono z Olsztyna, że wymarli prawie wszyscy ludzie,co zapewne było przesadą. Faktem jednak była śmierć wszystkich kapłanów tamtejszej parafii. W  kwestionariuszu z 1819 r. podano jakoby z powodu dżumy zmarło w  1710 r. w  Olsztynie 2000 osób. Liczba ta jest mocno zawyżona. W mieście prawdopodobnie nawet tylu mieszkańców nie żyło. Liczby te, chociaż nie mówią o  faktycznych stratach to mówią o ogromnych kosztach, które miasta ponosiły w wyniku zarazy. Na ich podstawie można wysnuć stwierdzenie, że dżuma pochłonęła przypuszczalnie nawet kilkadziesiąt procent ich mieszkańców. Stwierdzenie to wydaje się tymbardziej prawdopodobne, że miasta liczyły zaledwie 2-3 tysiące ludzi. Szacuje się, że w latach 1705-1715 w Polsce na dżumę zmarło 25% ludności.

Małgorzata Hołubowska

Przy opracowywaniu tekstu korzystałamz materiałów dr. Jerzego Kiełbika, dyrektora IPN. Instytutu Północnego im W. Kętrzyńskiego, regionalisty, specjalizującego się

w historii miast i demografii historycznej. Przedruk z „Wiadomości Uniwersyteckich UWM”